Kopiec
Kraków za mych czasów był dokładnie taki sam, jak tego dnia, kiedy ich spotkałem. Na szczycie góry, gdy patrzyłem w dal na każdy z budynków, pomiędzy którymi przechadzałem się z ukochaną kobietą, pojawili się oni, czyli my sprzed lat. W jego oczach zobaczyłem dumę - taką, jaką czułem, gdy szliśmy pod rękę. A włosy tej młodej kobiety były rozwiane - dokładnie tak, jak te, które niejednokrotnie gładziłem.
Dziś już nie ma we mnie dumy, a gładkości włosów prawie nie pamiętam. Pora zejść po ścieżce w dół. Napatrzyłem się już na Kraków, na piękno tego świata, na wnuki. Przeżywam jesień. Szóstą jesień z kolei przeżywam już sam, na wierzchołku tego małego wzniesienia pamiętającego uniesienie. Gdy zejdę, ona będzie czekać na mnie u podnóża.
Dziś już nie ma we mnie dumy, a gładkości włosów prawie nie pamiętam. Pora zejść po ścieżce w dół. Napatrzyłem się już na Kraków, na piękno tego świata, na wnuki. Przeżywam jesień. Szóstą jesień z kolei przeżywam już sam, na wierzchołku tego małego wzniesienia pamiętającego uniesienie. Gdy zejdę, ona będzie czekać na mnie u podnóża.