Noc z piątku na sobotę była dla mnie zbyt jasna, nie potrafiłem zmrużyć oka mimo ogromnego zmęczenia. Nadgodziny wykańczały mnie już psychicznie. Około godziny pierwszej w nocy postanowiłem zapalić jointa dla relaksu. Leżał na biurku od jakiegoś czasu zbity i gotowy, twardy jak należy i czekał, aż mu obciągnę. Wyciągnąłem go z papierośnicy, udałem się do kuchni, tam też usiadłem na chwiejnym stole. Szybko go rozpaliłem, po czym zrobiłem to. Wtedy to zaczął się dla mnie nowy dzień.
Wyjrzałem przez okno i zabrakło mi żywej duszy. Po pewnym czasie dotarłem do centrum miasta - centrum wszystkich wydarzeń - gdzie o tej porze zawsze można spotkać przynajmniej garstkę, może i półżywych, ale zawsze jednak dusz. Wtedy jednak miałem pecha, bo żadna mi się nie spodobała. Jedna taka, śmierdząca tanim winem na kilometr, podeszła do mnie.
- Może mi pan odpalić papierosa?
- Mogę. – odpowiedziałem, grzebiąc w kieszeni kurtki.
- Ja nie mam papierosa, ale pan może ma, skoro ma pan zapalniczkę. – stary dziad chciał mnie przechytrzyć. – Zgadza się?
- Sio, śmierdzielu. Już cię tu nie ma.
- Jestem śmierdzącym żebrakiem. Mam dwa wyjścia: iść śmierdzieć gdzieś indziej, może w końcu wzbudzić w kimś litość, albo prosić cię dalej o papierosa i go dostać, albo dostać po mordzie. Zwykle dostawałem od życia po mordzie, więc nauczyłem się, żeby z nim nie zaczynać.
- Więc odejdź już.
- Chodź ze mną, młody człowieku. Wyżebram od ciebie trochę czasu, jeśliś łaskaw.
- Dokąd niby? – zdziwiłem się. To był pierwszy żul, który mnie zaciekawił swoją osobą. – Wiesz co, dam ci tego papierosa. Nie mam czasu na spacery.
- Pokażę ci, jak to się robi. Nauczę cię żebrać. Coś czuję, że kiedyś się jeszcze spotkamy na jednym peronie, albo gdzieś.
- Słucham? Dobra, przeginasz. Mógłbyś teraz dostać to o co się naprawdę prosisz, ale powstrzymam się i cię zlekceważę.
- Każdy z tych ludzi, którzy mają mnie za śmiecia, może kiedyś być moim kumplem. A jak już mają okazję zawrzeć przydatne znajomości, to zgrywają panów, bo myślą, że ich to nigdy nie dotknie. O, na przykład ten tutaj. Poczekaj! – i odstąpił mnie na kilka kroków idąc w stronę mężczyzny w garniturze, który najprawdopodobniej spieszył się do pracy. – Ma pan może parę groszy?
- Nie mam. – odrzekł ignorująco facet, wciąż idąc przed siebie.
- Tak, wiem, pan raczej nie cacka się z grosikami, tylko z grubymi dolarami. Ale ja chcę bardzo niewiele. Moje marzenia są tanie jak wino.
- Masz tu – facet zatrzymał się, sięgnął do portfela, wyciągnął kilka monet, dał je żebrakowi – a teraz zmiataj stąd. – i ruszył dalej.
- Dziękuję. – zawołał do niego – Widzisz? Ten akurat to równy gość, w razie czego zapamiętuję ich twarze, bo może kiedyś jeszcze będę w potrzebie, albo okaże się, że będę mógł mu się kiedyś odwdzięczyć tym samym. – zwrócił się do mnie, idąc także w moją stronę.
- Brawo. – gdy już podszedł do mnie, nadal byłem nieco zaskoczony jego umiejętnościami wywierania wpływu.
- Pewnie sam lubi sobie wypić. To jak, idziesz ze mną? – ponownie poruszył ten temat i teraz już chciałem, żeby jego umiejętności działały na mnie.
- Dobrze, ale wiedz, że naprawdę nie zamierzam cię więcej spotykać.
- A to dlaczego?
- To nic osobistego, ale mam nieco inne marzenia, niż ty.
- Rozumiem. Ale ja też czasem chcę poczuć się, jak gość. Przy tobie nawet nieźle mi to idzie.
- Nie mam papierosów, ale poczęstowałbym cię, gdybym miał. Może chodźmy do sklepu?
- Oj nie, mój drogi. Ja już wydoiłem kasę na wino, papierosy ty wyżebrzesz.
- Co? Nie ma mowy, po co, skoro mam pieniądze.
- Spróbuj. Zobaczysz, jak wygląda taka praca.
- Praca?
- Bycie żebrakiem to mój wyuczony zawód. Całe szczęście nie odprowadzam jeszcze podatków do tego państwa z tego, co uda mi się zarobić. - odparł cynicznie.
- Ja mam inną pracę. Nie będę się w to bawił.
- Przełam się. To żadne poniżenie, jeśli będziesz intrygujący i elegancki. – motywował mnie.
- No dobra. Do kogo mam podejść?
- Zbyt dużego wyboru nie masz. – trafnie spostrzegł. Na ulicy wciąż świeciło pustkami. – Podchodź do tych, którzy ci się w jakikolwiek sposób spodobają.
Najpierw podszedłem do ciemnowłosej kobiety. Wyglądała na miłą, paliła papierosa. Poprosiłem ją o jednego. Odmówiła, bo paliła ostatniego.
- Nie chcę tego robić więcej. Raz wystarczy. Nie nadaję się.
- Jak można się nie nadawać do bycia żebrakiem? Przecież to jest ostateczność. Jak idziesz żebrać, to znaczy, że jesteś nieudacznikiem, że nawet na złodzieja się nie nadajesz.
- Trudno. Póki co radzę sobie w życiu.
- A więc teraz też powinieneś.
- Dobra, ostatni raz. – za drugim razem podszedłem do jakiegoś studenta, który również palił papierosa. Byłem pewien, że on na pewno nie uzna mnie za żebraka, w końcu wyglądałem porządnie, zresztą w ich żargonie to się nazywa „krojenie na papierosy”, a nie żebranie. Już do niego podchodziłem i otwierałem usta, żeby coś powiedzieć, ale ten odezwał się pierwszy:
- Co chcesz? Pewnie szluga?
- Tak, właśnie chciałem się spytać, czy nie poczęstowałbyś mnie jednym. – odpowiedziałem speszony.
- Mogę ci obstawić, bo nie mam już nic. – wyciągnął puste opakowanie.
- W takim razie nie, dzięki. – odwróciłem się na pięcie i poszedłem w stronę swojego znajomego.
- Dlaczego od niego nie wziąłeś?
- Palił ostatniego papierosa. Miałem wziąć resztki?
- Dobre i to. Wtedy przynajmniej zaliczyłbyś zadanie.
Na to nie wpadłem. Miałem ochotę dogonić tego studenta, ale już było za późno. Ilekroć podszedłem do jakiejś osoby, za każdym razem dostawałem kosza. W końcu zrezygnowałem, a mój mistrz postanowił przejąć inicjatywę. Za pierwszym razem udało mu się zdobyć od razu dwa papierosy. Myślałem, że uznał mnie już za większego nieudacznika od siebie, ale gdy poszliśmy skonsumować nasz związek, okazał się świetnym partnerem.
Siedzieliśmy nad rzeczką opodal krzaczka, piliśmy wino i nie mogłem wyjść z podziwu nad technikami naciągania, o których mi opowiadał. Stwierdziłem, że ma o tym większe pojęcie niż nie jeden taki pracuś jak ja, po latach praktyk w sprzedaży. ¬Każda próba pozyskania papierosa uczyła mnie czegoś nowego. On miał to już we krwi, a raczej w alkoholu płynącym w jego żyłach. Po pracy często pił, czasem zdarzało mu się nawet wydać wypłatę na nocleg w jednej z luksusowych izb wytrzeźwień. Większych zmartwień nie miał. Zazdrościłem mu. Pomyślałem, że chciałbym być taki jak on. Nie mieć nic i nie mieć nic do stracenia.
I tak oto rozpocząłem nową karierę - karierę swojego życia. Na szczęście jedyne, co mogłem rzucić, to praca, która spędzała mi sen z powiek. Odtąd to ja sam spędzam sen. Śnię do dziś, wciąż jestem niepoprawnym marzycielem. Ale przynajmniej nie etatowym.
Wyjrzałem przez okno i zabrakło mi żywej duszy. Po pewnym czasie dotarłem do centrum miasta - centrum wszystkich wydarzeń - gdzie o tej porze zawsze można spotkać przynajmniej garstkę, może i półżywych, ale zawsze jednak dusz. Wtedy jednak miałem pecha, bo żadna mi się nie spodobała. Jedna taka, śmierdząca tanim winem na kilometr, podeszła do mnie.
- Może mi pan odpalić papierosa?
- Mogę. – odpowiedziałem, grzebiąc w kieszeni kurtki.
- Ja nie mam papierosa, ale pan może ma, skoro ma pan zapalniczkę. – stary dziad chciał mnie przechytrzyć. – Zgadza się?
- Sio, śmierdzielu. Już cię tu nie ma.
- Jestem śmierdzącym żebrakiem. Mam dwa wyjścia: iść śmierdzieć gdzieś indziej, może w końcu wzbudzić w kimś litość, albo prosić cię dalej o papierosa i go dostać, albo dostać po mordzie. Zwykle dostawałem od życia po mordzie, więc nauczyłem się, żeby z nim nie zaczynać.
- Więc odejdź już.
- Chodź ze mną, młody człowieku. Wyżebram od ciebie trochę czasu, jeśliś łaskaw.
- Dokąd niby? – zdziwiłem się. To był pierwszy żul, który mnie zaciekawił swoją osobą. – Wiesz co, dam ci tego papierosa. Nie mam czasu na spacery.
- Pokażę ci, jak to się robi. Nauczę cię żebrać. Coś czuję, że kiedyś się jeszcze spotkamy na jednym peronie, albo gdzieś.
- Słucham? Dobra, przeginasz. Mógłbyś teraz dostać to o co się naprawdę prosisz, ale powstrzymam się i cię zlekceważę.
- Każdy z tych ludzi, którzy mają mnie za śmiecia, może kiedyś być moim kumplem. A jak już mają okazję zawrzeć przydatne znajomości, to zgrywają panów, bo myślą, że ich to nigdy nie dotknie. O, na przykład ten tutaj. Poczekaj! – i odstąpił mnie na kilka kroków idąc w stronę mężczyzny w garniturze, który najprawdopodobniej spieszył się do pracy. – Ma pan może parę groszy?
- Nie mam. – odrzekł ignorująco facet, wciąż idąc przed siebie.
- Tak, wiem, pan raczej nie cacka się z grosikami, tylko z grubymi dolarami. Ale ja chcę bardzo niewiele. Moje marzenia są tanie jak wino.
- Masz tu – facet zatrzymał się, sięgnął do portfela, wyciągnął kilka monet, dał je żebrakowi – a teraz zmiataj stąd. – i ruszył dalej.
- Dziękuję. – zawołał do niego – Widzisz? Ten akurat to równy gość, w razie czego zapamiętuję ich twarze, bo może kiedyś jeszcze będę w potrzebie, albo okaże się, że będę mógł mu się kiedyś odwdzięczyć tym samym. – zwrócił się do mnie, idąc także w moją stronę.
- Brawo. – gdy już podszedł do mnie, nadal byłem nieco zaskoczony jego umiejętnościami wywierania wpływu.
- Pewnie sam lubi sobie wypić. To jak, idziesz ze mną? – ponownie poruszył ten temat i teraz już chciałem, żeby jego umiejętności działały na mnie.
- Dobrze, ale wiedz, że naprawdę nie zamierzam cię więcej spotykać.
- A to dlaczego?
- To nic osobistego, ale mam nieco inne marzenia, niż ty.
- Rozumiem. Ale ja też czasem chcę poczuć się, jak gość. Przy tobie nawet nieźle mi to idzie.
- Nie mam papierosów, ale poczęstowałbym cię, gdybym miał. Może chodźmy do sklepu?
- Oj nie, mój drogi. Ja już wydoiłem kasę na wino, papierosy ty wyżebrzesz.
- Co? Nie ma mowy, po co, skoro mam pieniądze.
- Spróbuj. Zobaczysz, jak wygląda taka praca.
- Praca?
- Bycie żebrakiem to mój wyuczony zawód. Całe szczęście nie odprowadzam jeszcze podatków do tego państwa z tego, co uda mi się zarobić. - odparł cynicznie.
- Ja mam inną pracę. Nie będę się w to bawił.
- Przełam się. To żadne poniżenie, jeśli będziesz intrygujący i elegancki. – motywował mnie.
- No dobra. Do kogo mam podejść?
- Zbyt dużego wyboru nie masz. – trafnie spostrzegł. Na ulicy wciąż świeciło pustkami. – Podchodź do tych, którzy ci się w jakikolwiek sposób spodobają.
Najpierw podszedłem do ciemnowłosej kobiety. Wyglądała na miłą, paliła papierosa. Poprosiłem ją o jednego. Odmówiła, bo paliła ostatniego.
- Nie chcę tego robić więcej. Raz wystarczy. Nie nadaję się.
- Jak można się nie nadawać do bycia żebrakiem? Przecież to jest ostateczność. Jak idziesz żebrać, to znaczy, że jesteś nieudacznikiem, że nawet na złodzieja się nie nadajesz.
- Trudno. Póki co radzę sobie w życiu.
- A więc teraz też powinieneś.
- Dobra, ostatni raz. – za drugim razem podszedłem do jakiegoś studenta, który również palił papierosa. Byłem pewien, że on na pewno nie uzna mnie za żebraka, w końcu wyglądałem porządnie, zresztą w ich żargonie to się nazywa „krojenie na papierosy”, a nie żebranie. Już do niego podchodziłem i otwierałem usta, żeby coś powiedzieć, ale ten odezwał się pierwszy:
- Co chcesz? Pewnie szluga?
- Tak, właśnie chciałem się spytać, czy nie poczęstowałbyś mnie jednym. – odpowiedziałem speszony.
- Mogę ci obstawić, bo nie mam już nic. – wyciągnął puste opakowanie.
- W takim razie nie, dzięki. – odwróciłem się na pięcie i poszedłem w stronę swojego znajomego.
- Dlaczego od niego nie wziąłeś?
- Palił ostatniego papierosa. Miałem wziąć resztki?
- Dobre i to. Wtedy przynajmniej zaliczyłbyś zadanie.
Na to nie wpadłem. Miałem ochotę dogonić tego studenta, ale już było za późno. Ilekroć podszedłem do jakiejś osoby, za każdym razem dostawałem kosza. W końcu zrezygnowałem, a mój mistrz postanowił przejąć inicjatywę. Za pierwszym razem udało mu się zdobyć od razu dwa papierosy. Myślałem, że uznał mnie już za większego nieudacznika od siebie, ale gdy poszliśmy skonsumować nasz związek, okazał się świetnym partnerem.
Siedzieliśmy nad rzeczką opodal krzaczka, piliśmy wino i nie mogłem wyjść z podziwu nad technikami naciągania, o których mi opowiadał. Stwierdziłem, że ma o tym większe pojęcie niż nie jeden taki pracuś jak ja, po latach praktyk w sprzedaży. ¬Każda próba pozyskania papierosa uczyła mnie czegoś nowego. On miał to już we krwi, a raczej w alkoholu płynącym w jego żyłach. Po pracy często pił, czasem zdarzało mu się nawet wydać wypłatę na nocleg w jednej z luksusowych izb wytrzeźwień. Większych zmartwień nie miał. Zazdrościłem mu. Pomyślałem, że chciałbym być taki jak on. Nie mieć nic i nie mieć nic do stracenia.
I tak oto rozpocząłem nową karierę - karierę swojego życia. Na szczęście jedyne, co mogłem rzucić, to praca, która spędzała mi sen z powiek. Odtąd to ja sam spędzam sen. Śnię do dziś, wciąż jestem niepoprawnym marzycielem. Ale przynajmniej nie etatowym.